Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/desunt.pod-siostra.grajewo.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server154327/ftp/paka.php on line 5
- A Broitenburg jest... Pewnie gdzieś w Europie? - uśmiechnęła się.

Należała do zespołu dendrologów opiekujących się par¬kami narodowymi. Akurat zajmowali się dość odległym za¬kątkiem buszu. Tego właśnie dnia Tammy pracowała na skraju niedużej polanki zupełnie sama, co lubiła najbardziej ze wszystkiego.

Znaleźli się tacy, którzy go ostrzegali, ze starym ojcem na czele, ale ci byli w mniejszości, a skorych do udzielania pożyczek wielu. Wszystko sobie ułożył: spłaci kredyty ze zwiększonych dochodów, jakie zacznie przynosić St. Charles...
- Teraz się ze mną drażnisz.
więcej, jeśli tyle nie wystarczy.
- To prawda. Nawet z rodziną rzadko się widuje, choć go zapraszam. Rodzice pewnie dlatego przenieśli się na Florydę, że mieli dość jego zachowania - przyznała Hope.
- Zasłużyłeś na to, by wiedzieć - przyznała, a Bryce pocałował ją ciepło.
- Nie rozumiem.
- Jeśli umrze pani na zapalenie płuc, będę musiał szukać innej guwernantki -
sobie myślisz...
- A o co cię pytali?
Robił na niej wrażenie raczej zaszczutego zwierzątka niż kryminalisty.
- Nad czym, Kilcairn?
- Mój Boże!
Balfourowi zadrgał mięsień na policzku.
- Naprawdę?

które was ze sobą szczególnie łączy. Może mówisz czasem do niej na przykład "kwiatuszku"?...

- Nikt o niej nie wiedział. To był mój sekret - zapewnił. - A ty mówiłaś komuś o naszym spotkaniu?
Może Robert wymyśli coś mądrzejszego niż on.
Gallant pogodziła się z wujem. Ty i lady Welkins zatrzymacie swoje idiotyczne spekulacje

- To kolejny powód, żeby go wypuścić z pokoju.

oczy.
człowiekiem, jakiego spotkałem na Ziemi. To on narysował mi baranka...
Nie, była wobec niego trochę niesprawiedliwa. Przecież od samego początku uprzedzał ją o konieczności posiadania jakiegoś eleganckiego stroju.

wyglądają marnie. Małżeństwo byłoby korzystne dla nas obojga. Nie bądź uparta.

- Ja zrobiłam ci śniadanie, i to ci powinno wystarczyć.
Tammy odruchowo rzuciła okiem i zamarła.
Jeżeli chodzi o Danny'ego, jego telefony do niej mogły dotyczyć czegoś ważnego lub zupełnie nieistotnego. Statystycznie rzecz biorąc, samobójcy rzadko zwierzali się innym ze swoich planów. Gdyby odebrała telefon, mogła co najwyżej opóźnić nieuniknione, to wszystko. Była egoistką, myśląc, że potrafiłaby go odwieść od odebrania sobie życia, skoro nie udało się to nawet jego narzeczonej. Chwyciła w lustrze odbicie Chrisa. Obserwował ją, jakby wiedział, że zastanawia się nad sensem swojego postępowania i nad sobą samą. Zebrała wszystkie siły i odwróciła do brata. - Zadałeś mi bezpośrednie pytanie i oto moja odpowiedź, Chris. Dlaczego wolę zaufać niewiarygodnemu źródłu, a nie tobie? Ponieważ Huff rozpuścił cię jak dziadowski bicz, co widać, słychać i czuć. Jesteś totalnym egoistą i robisz tylko to, co przynosi ci jakiś zysk. Kiedy ktoś cię przyłapie na złym uczynku, liczysz na to, że twój czar albo wpływy Huffa zaoszczędzą ci kłopotów. Jesteś pochłonięty sobą, hedonistyczny i amoralny. Kłamiesz, często tylko dla przyjemności, by przekonać się, że ujdzie ci to na sucho. Nikt nigdy w życiu niczego ci nie odmówił, może poza rozwodem, chociaż jestem pewna, że przy pomocy Huffa uzyskasz go w końcu, uczciwie lub nie. Czy uważam, że zabiłeś Iversona? - spytała retorycznie. - Tak. I to ci się upiekło. Jeżeli jednak zabiłeś Danny'ego, zapłacisz za to, Chris. Przysięgam ci, że sama tego dopilnuję. Chris odstawił kubek z winem na stolik. - Sayre, usiądź. Proszę. To słowo w jego ustach było tak niezwykłe, że Sayre wróciła w pobliże łóżka i przysiadła na jego brzegu, niechętnie. Chris sięgnął po jej dłonie i przytrzymał, gdy chciała je cofnąć. - Pomyśl o tym, jak umarł Danny - rzekł cicho. - Żeby go zabić, musiałbym zdjąć znad drzwi starą strzelbę, załadować obie komory, wepchnąć mu lufę do ust i pociągnąć za spust. Pomimo wszystkich moich wad, jakie przed chwilą wymieniłaś, naprawdę sądzisz, że potrafiłbym zabić własnego brata? Nie zrobiłem tego - dodał, nie czekając na odpowiedź. - Nie zabiłem Danny'ego. Robisz z siebie idiotkę samym tym podejrzeniem. - Co to dla ciebie za różnica? - Żadna. Po prostu nie chcę, żebyś poczuła się zażenowana. Powód jego nonszalanckiego wytłumaczenia był tak przejrzyście jasny, że od razu zrozumiała, o co chodzi. - Nie, myślisz o czymś innym, prawda Chris? Odciągam od ciebie jego uwagę, prawda? - O czym ty mówisz? - O Huffie. Sprawiam wam kłopoty i chociaż wyprowadzam go z równowagi, jego uwaga koncentruje się na mnie, a ty nie możesz tego ścierpieć. Oczy Chrisa stały się pustymi okiennicami, odbijającymi jej wizerunek w hebanowej głębi. Wargi, przed chwilą rozciągnięte w gładkim uśmiechu, teraz zacisnęły się w wąską kreskę. Ledwo się poruszyły, kiedy powiedział: - Wracaj do San Francisco, gdzie twoje miejsce, Sayre. - Tak, wiem, że tego właśnie byś chciał. - Nie dla mnie, dla ciebie. Sayre roześmiała się, kładąc rękę na piersi. - Mam uwierzyć, że zależy ci na moim dobrym samopoczuciu? - Owszem. Sama powiedziałaś, że ostatnimi czasy Huff sporo o tobie myśli. Chcesz wiedzieć dlaczego? Chcesz usłyszeć, co planuje dla swojej córeczki? - uśmiechnął się szyderczo. 25